Opowiadania

21.11.2007 skończyłem pracę o godzinie 17:00 i w te pędy do domu, przecież jest pełnia i księżyc wzywa nas na łowy. Właściwie wszystko mam gotowe tylko się przebrać w ciepłe ubranie, abym mógł posiedzieć na ambonie w cieple, a nie dygotać z zimna. Jeszcze tylko drugie buty i w samochód. Po pół godzinie jestem pod lasem jeszcze tylko ten odcinek przez las, obok naszego domku myśliwskiego dojazd do niego jest trochę po wertepach, ale w sumie znośna, dalszą część przejazdu przebywam z dyszą na ramieniu pokonując ten ostatni kilometr, jak to dobrze że przez ostatnie dni był mróz i zamarzła leśna droga, mimo sporych kolein wyrytych przez koła ciągników udaje mi się podjechać samochodem na odległość 400 metrów od ambony, którą wszyscy nazywają "Rajchem", podobno w czasie II wojny światowej zabito tutaj Niemca i stąd ta nazwa.

Przechodzę przez podmokły teren lód jest cienki w niektórych miejscach załamuje się pod moim ciężarem i ekwipunku, który mam na sobie a woda pod lodem sięga w niektórych miejscach prawie do kolan dobrze, że mam gumowce na nogach. Dochodzę do drabiny, wspinam się do góry otwieram drzwi ambony, siadam na ławeczce, chwila odpoczynku i zmieniam obuwie na ciepłe, drugie obuwie to trochę trudu włożonego w wyprawę, ale jest mi sucho i ciepło. Po niespełna 15 minutach słyszę trzask lodu, który załamał się pod ciężarem zwierzyny, jeszcze nie wiem co za stworzenie wprowadziło zamęt w ciszy nocnej, po krótkiej chwili wiem to dziki podchodzą słychać pokwikiwania i chrumkanie. Adrenalina zaczyna płynąć w tętnicach i żyłach czuje jak coś zatyka mi gardło, zaraz wyjdą na polankę między trzcinami, ale nic takiego się nie dzieje zaczynam się zastanawiać czy zwęszyły zapach który zostawiłem na drodze, czy może czują mój zapach bo lekki wiaterek dmucha w ich kierunku

Mijają minuty -jedna godzina, druga, trzecia, a ja siedzę cały czas w napięciu i w oczekiwaniu na wypadki które mają nastąpić. Napięcie nie mija, bo wiem, że dziki są w trzcinach i czekają, węszą czy mogą bezpiecznie wyjść na polanę. Cały czas spoglądam na trzciny oczekując, że tam się wyłoni czarny zwierz i nagle, wybiega pięć dzików ale z prawej strony od ściany lasu i z miejsca zaczynają żerować. Przyglądam się im przez chwilę wybieram najmniejszego z mylą, że mam do samochodu kawałek drogi przez podmokły nieużytek przymierzam i pociągam za język spustowy, huk i dzik pada w ogniu, a wówczas trzciny ożyły wokoło słychać łamanie lodu, trzask pękających pod naporem żywej masy trzcin to ruszyła do ucieczki wataha, która stała cały czas obok ukryta przed moim wzrokiem. Schodzę na dół i idę w kierunku dzika rozmyślając, o tym jak Hubert obdarzył mnie dzisiaj wspaniałymi przeżyciami i jeszcze czekającymi mnie trudami z transportem zwierzyny do samochodu.

Nie zdążyłem dojść do połowy drogi około 50 metrów jak ciszę przerwał rozruch motoru ciągnika, ten dźwięk mnie ucieszył, od razu się domyśliłem, że mam rozwiązany problem transportu, faktycznie po 10 minutach z lasu wyjechał traktor, którym kierował mój długoletni druh Mietek Szumarek wysiadł z maszyny pogratulował mi celnego strzału. Okazało się, że polował na sąsiedniej ambonie obok i przyjechał pomóc koledze w transporcie zwierzyny, a póżniej zamierzał wrócić na opuszczoną ambonę i dalej polować. Jadąc już do domu zacząłem rozmyślać o tym, że to dobrze spotykać na swojej myśliwskiej drodze ludzi na których można liczyć i zawsze służą pomocą.

spisał Zbigniew Ostański

Długo się zastanawiałem, czy mam moralne prawo opisać tę historię, ale minęło tyle lat, że sami uczestnicy tego polowania o wszystkim pewnie zapomnieli, a warto tą sytuację przytoczyć ku uciesze samych aktorów tego zdarzenia jak i wydobyć uśmiech na twarzy czytelników. Było to kilkanaście lat temu w okresie, gdy ktokolwiek rzucił hasło - spotykamy się na polowaniu- zawsze kilku z nas chwytało strzelbę, pas z nabojami i nieodłączną torbę z prowiantem i w łowisko. Tak było i w tym przypadku w niedzielę rano zadzwonił u mnie w domu telefon -przyjeżdżaj pies wypoczęty- usłyszałem w słuchawce głos Mietka Szumarka- będzie, bracie kilku kolegów, idziemy na kaczki. Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać za niecałą godzinę byłem na podwórku u Mietka, gdzie już czekało dwóch kolegów, oraz wyżlica Bona. Przywitanie, kilka uwag o planowanym polowaniu w efekcie których przyjmujemy za pewne, że Mietek wie najlepiej, gdzie kaczki latają i na którym bajorze możemy je spotkać przecież mieszka w tym obwodzie i jest na bieżąco poinformowany. Ponieważ dzień zapowiada się ciepło się ciepło na niebie ani jednej chmurki, ruszamy wesoło w kierunku Starej Wsi przez Korczunek. Po pewnym czasie dochodzimy do pierwszego bajora śródpolnego, obstawiamy ostrożnie je z czterech stron Mietek daje polecenie dla wyżła- szukaj piesku-. A pies tylko na to czekał, ruszył z wielkim pośpiechem w trzciny co upewniło nas, że oto za chwilę zerwie się chmara kaczek i będziemy mogli wykazać się celnością oka i naszej broni, a tu nic się nie zrywa dopiero po chwili dociera do mnie, pies przemierza obszar bajora, ale nie słychać plusku wody pod łapami -no wyschło, bracie lato było wyjątkowe upalne, ciepło i wyschło, ale to nic idziemy na następne tam jest woda sam niedawno tam byłem i jest woda, zresztą to niedaleko- powiedział Mietek. Faktycznie do bajorka dotarliśmy w piętnaście minut i woda była, a właściwie kałuża i kaczka też była -jedna- do której strzelił kolega, ale nie trafił. To nic- stwierdził Mietek -następne jezioro to pewniak, bracie, tam wpada rów nawadniający i wody w bród- więc idziemy. Po chwili jesteśmy na niewielki pagórku, a poniżej zielenią się kępy sitowia i tataraku z lewej strony nad soczystą zielenią roślin typowo rosnących nad wodą, suche kikuty niewielkich brzózek, a z drugiej strony widać szeroki rów i mimo odległości w słońcu skrzy się cieniutka stróżka wody. Widzę uśmiech na twarzy kolegów, krótkie uzgodnienie, ja z kolegą ruszamy na lewą, kierując się w stronę rowu, dojście na drugą stronę nie jest trudne mimo, że trawa jest wysoka, sporo wysokich ostów, w końcu to nieużytek od kilku lat, ale są ścieżki wydeptane wokół bajora przez zwierzynę, tak że idąc po "zwierzęcej ścieżce" szybko docieramy do rowu, który w tym miejscu ma około półtora metra głębokości, a dnem toczy się leniwie ciek wody. Kolega ocenił, że przeskoczenie przez rów jest raczej niemożliwe więc zszedł na dół i spokojnie wdrapał się na przeciwległą skarpę, stanął na drugiej stronie i popatrzył na bagienko, zainteresowało go nagłe ujadanie psa, który zaczął się miotać w sitowiu. W tej samej chwili z zarośli przylegających do bajora wyskoczyły dwa koźlaki wyciśnięte stamtąd przez Bonę i gnały przed siebie jak szalone, jeden po chwili skręcił w długich susach do lasu, a drugi wskoczył na dobrze znaną sobie ścieżkę i sadził przed siebie nie zważąjac , że na jej końcu stoi nieruchomo nasz kolega, również zaskoczony rozwojem sytuacji.

Wy obrażcie sobie pędzi kożle, nagle w pełnym biegu widzi przed sobą człowieka, istotę przed którą instynkt nakazywał mu uciekać więc to czyni, wbija przednie cewki w ziemię i wykonuje obrót w miejscu całą tuszą, by jak najrychlej ujść z tego miejsca, ale kożle popełnia błąd, tylne rapety jeszcze nie dotknęły gruntu, a on chce odskoczyć i rapetki trafiają w próżnię, na początku, a potem z całym impetem lądują na klejnotach kolegi, który robi najszybszy skłon do przodu jaki w życiu widziałem, ( Japończycy mogli by się od niego uczyć skłonu ),chwyta się za krocze, chwieje się, robi krok do tyłu i wpada siedzeniem do rowu,a właściwie do wody. Ten przymusowe upadek i obmywanie przez zimną wodę części ciała poniżej kręgosłupa przynosi mu znaczną ulgę w cierpieniu. I tutaj nie kończy się przygoda naszego kolegi ponieważ przekrój rowu był w kształcie trójkąta, widzimy na jednym brzegu rowu wystające buty z drugiej strony głowę, na dole tułów, oraz przybierający poziom wody i wtedy ofiara napaści kożlaka powiedziała - zaklinowałem się, pomóżcie -w trzech wyciągamy nieszczęśnika z rowu w połowie mokrego i po kilku wesołych komentarzach, ktoś zapytał- co w tej sytuacji robimy ?-.

Na to pechowiec odpowiedział- nie wiem jak wy, ale ja mam dość spudłowałem jedyną kaczkę jaka była, byłem kopnięty w klejnoty przez dziecko sarny, wpadłem do rowu, jestem mokry, ja jadę do domu, a jeszcze mamy trzy kilometry marszu do samochodów -.Wszyscy przyznaliśmy mu rację i wróciliśmy razem do samochodów. Ta przygoda bardziej mi utkwiła w pamięci niż inne, nieraz wracało się z polowania z trokiem pełnym ptactwa, ale właśnie taka historia zacieśniała więzi między nami kolegami po lufie.

spisał Zbigniew Ostański

13.01.2008 Sobota, nigdzie się dzisiaj nie ruszam mam jedną sprawę do załatwienia, której nie mogę przesunąć na inny termin więc spędzam czas w domu. Siedzę sobie w zaciszu domowym i rozmyślam, ciekawe jak tam dzisiaj na polowaniu? Czy było udane?, jaki zwierz leży na pokocie?. Te rozmyślanie przerywa dzwonek telefonu patrzę kątem oka na zegarek jest 2000 to pewnie któryś z kolegów chce się pochwalić, że został królem polowania. Podnoszę słuchawkę -Dobry wieczór tu Kazik Wielosz. Czy masz jutro czas przyjechać do nas na południe (drugi obwód) popolujemy na lisa?. -W zasadzie tak, ale wiesz zadzwonię do łowczego Janusza Kaniugi i poinformuję go o naszych zamiarach- odpowiadam.

-Tylko jeszcze podzwoń po kolegach bo jak na razie jest nas dwóch ja i Piotrek Stańczyk plus ty to trzech jeszcze by się przydało z dwóch myśliwych-. -Dobrze Kaziu za godzinę zadzwonię do ciebie z informacjami jak załatwiłem sprawę-. Najpierw telefon do łowczego wyjaśniam w jakiej sprawię dzwonię, ale łowczy sprawę kwituję zwięźle. -Słuchaj po skończonym polowaniu Adam Giza poszedł zagłębienie terenu za domkiem, i okazało się że tam zalegał ranny dzik, postrzałek który przyszedł prawdopodobnie z sąsiedniego obwodu więc musimy się najpierw zająć tą sprawą więc najpierw jedziemy sprawdzić tego dzika.

Wiem to najistotniejszy obowiązek myśliwego jeżeli zwierz jest ranny należy przerwać jego cierpienia jak najszybciej. Dzwonię do Kazika przepraszam, umawiamy się na następną sobotę. Rano o 900 razem z łowczym jesteśmy pod domkiem po chwili słychać traktor na który czekamy to Mietek Szumarek ze swoim psem Kubą. Pies ma podjąć trop rannego dzika i doprowadzić nas do niego. Jesteśmy pełni zapału i wiary w sukces. Mietek zostaje z psem ja wsiadam na skrzynkę przyczepioną z tyłu do ciągnika, łowczy za kierownicą i jedziemy na groblę, aby ewentualnie przeciąć drogę ucieczki dzika. Dojeżdżamy na miejsce, rozstawiamy się na grobli, ja na początku, idę poniżej grobli zajmuję miejsce pomiędzy brzózkami, które są nie wysokie, ale rosną bardzo gęsto co sprawia, że jestem w nich niewidoczny, prawie niezauważalny dla zwierza, łowczy idzie trochę dalej tamtędy również lubią uciekać dziki z pędzeń , po chwili niespodziewanie dołącza do nas Adam Giza, nie wytrzymał, przybył aby wziąć udział w ostatecznym posunięciu. Adam przechodzi dalej po grobli, mija rów melioracyjny znajdujący się w środkowej części grobli i płynący pod nią przepustem wodę, zajmuje miejsce za rowem ma, tak samo jak i ja 70 metrów nieużytku porośniętego trawami i kilku krzakami przykryte to wszystko cieńką warstwą śniegu, który topnieje coraz bardziej i w niektórych miejscach widać plamy szarych i żółtych traw a dalej kilka hektarów sitowia i podmokły teren. Z drugiej strony za groblą plątanina krzaków, krzewów i rachitycznych drzew, a miedzy nimi polany sitowia. To tu najczęściej odpoczywa zwierzyna i chroni się przed różnymi niebezpieczeństwami. Czekamy, słychać tylko stukot dzięcioła, liczę, doliczyłem się siedmiu po chwili szum spoglądam w górę to łabądż leci na południe majestatycznie rozgarnia skrzydłami powietrze, które ze świstem przedziera się przez stosiny jego białych piór. Jest przyjemnie ciepło plus 4 stopnie, a to połowa stycznia za ciepło. Rozkojarzyłem się przychodzi mi na myśl, że nie zawsze szanujemy to co kto stworzył człowiek ta grobla, była kiedyś prawdziwą groblą zamykającą spory staw z tej strony, a on rozdzielał dwa kompleksy leśne Las Lipowiecki od Tuczapskiego, a teraz to tylko nieużytek. Próbuję sobie wyobrazić ten widok. Naglę słyszę gon Kuby, ale zamiast się zbliżać w naszym kierunku oddala się, trudno czeka nas chyba męczący dzień poszukiwania postrzałka. Widać po chwili z sitowia wychodzi Mietek razem z psem -Koledzy dzik niewielki,postrzał w prawą rapetę, farbuje niewiele pełen sił i wigoru poszedł prosto na stawy, a tam to nic go nie jest w stanie ruszyć, proponuję zostawić dzika w spokoju i - nie dokończył - Słuchajcie -przerwał łowczy -nikt się nie spodziewał, że będzie tak ciepło ja jestem za grubo ubrany i kończymy polowanie, zajmijmy się dokarmianiem łowiska- zgodziliśmy się. Zapakowaliśmy się na skrzynkę i po kilkunastu minutach ładowaliśmy kukurydzę na skrzynię, oraz w worki i do bagażnika -zemsty Honekera- jak o swoim samochodzie na polowania mówi Adam. Przed rozstaniem umawiamy się na ambonę, ja przyjmuję propozycję Mietka zasiadki w Starej Wsi.

Punktualnie o 1600jestem w Miętkim, pomagam załadować trochę buraków cukrowych do skrzynki z kukurydzą siadam na wierzch i jedziemy polnymi drogami, strasznie rzuca na koleinach, ale jakie to ma znaczenie, nie ma żadnego, dojechaliśmy jest już szaro, chmury brak księżyca. Zostawiamy cięgnik przy młodniku dalej idziemy pieszo -Długo nie posiedzimy, może ze dwie godziny- stwierdził Mietek i zaraz zapytał -na którą idziesz ambonę?-.-Ty decyduj -odpowiadam.

Zbyszek Ostański

-No to siadaj na tą bliższą- roztajemy się idę na prawo od miejsca rozstania, wchodzę po drabinę do góry, otwieram drzwi ambony zaczynam stały rytuał, który jest dla mnie automatyczny odpinam pasek ze sztucera (zainstalowałem sobie szybko złączki wojskowe) niektórzy się dziwią, ale w młodości straciłem możliwość oddania strzału do kilku dzików, które wyszły dość blisko i usłyszały tarcie metalu, zanim się zorientowałem że przyczyną były bączki,otwieram okno, podpieram je rozpórką, wyciągam z plecaka siedzenie z ciepłej tkaniny, latarkę i sięgam po termos i, kątem oka widzę, że z lasu wychodzi odyniec odległość oceniam na ok. 100 metrów sięgam po sztucer prawą ręką, a lewą kładę rękawiczkę na ramę okna na nią dopiero opieram sztucer, mierzę w komorę strzał, słyszę uderzenie kuli w cel. Dzik nawet nie zaznaczył skoczył w las z którego wyszedł, słychać trzask łamanych gałęzi i cisza. Pakuję się, przypinam pasek, błyskam latarką w kierunku ambony na której siedzi Mietek i schodzę na ziemię. Spotykamy się w miejscu gdzie stał dzik trop jest, ale ani ścinki, ani kropli krwi. -Chybiłeś ?- pyta Mietek -nie, na pewno trafiłem- odpowiadam -jestem pewien-. Idziemy po tropie 50 metrów i nic, dalej w głąb lasu, 70 metrów dalej nic, widać po tropach sadzi równo, ani kropli krwi, 100 metrów i leży, odyniec około 80 kilogramów. Patroszenie, które wykonuje Mietek, robi to z taką wprawą i szybkością, że budzi to mój podziw.

-Wiesz to był najszybszy dzik jakiego widziałem- stwierdza Mietek -nie rozumie -a widząc mój pytający wzrok - tak, był tak szybko strzelony, że nawet miejsca na ambonie nie zagrzałem, szybki dzik był z niego-. Załadowaliśmy dzika do pustej skrzynki i wróciliśmy do Miętkiego. Dzik na skupie w Modryńcu ważył 76 kilogramów, czyli niewiele pomyliłem się co do jego wagi. Następnego dnia dowiedziałem się że na południu również padł dzik.

StarkaNie mogę określić kiedy to było, ale dość dawno w czasach kiedy zaczynały się problemy ze zwierzyną drobną miałem wtedy młodego psa rasy foksterier szorstkowłosy, którego kupiłem od jednego z kolegów z koła Marka Agneży. Mieszkaliśmy wtedy na jednym osiedlu znaliśmy się bardzo dobrze znalem jego sukę , która za kotem potrafiła włazić na drzewo i cały czas zawsze gdzieś pędziła coś tropiła, więc kiedy dowiedziałem się, że jest pokryta powiedziałem - Marek szczeniak dla mnie kiedy będziesz sprzedawał daj mi znać ja pierwszy kupuję.- Marek się zgodził więc po jakimś czasie dał mi znać -Szczeniaki podrośnięte przyjdź i wybierz-. Poszedłem tego samego dnia szczeniaków było sześć suka z legowiska nawet się nie podniosła kiedy brałem do ręki szczeniaki po kolei, nawet nie zawarczała czuła do mnie sympatię, wiedziała chyba, że daje swoje szczenie w dobre ręce, brałem wszystkie po kolei i tylko jeden zamiast pisnąć zawarczał na mnie. -Wiesz Marek ten mi odpowiada- powiedziałem. -Twój wybór kolego- odpowiedział Marek.

Szkoliłem Aresa (tak go nazwała Kasia moja córka i tak zostało) prawie dwa lata, wszystko wykonywał coraz sprawniej i z niesłabnącym zapałem. Więc kiedy Łowczy mi zaproponował że czas, abym sprawdził walory swojego psa w polu skorzystałem z okazji i razem z Bogdanem Dulem i z odstrzałem w kieszeni wybraliśmy się na polowanie na kuropatwy.

Pojechaliśmy samochodem Bogdana na pola za Bakutilem przed Tyszowcami. Teren był płaski przedzielony polami wąskimi, na których posiano buraki cukrowe idealny do polowań na kuropatwy, miedze szerokie w obniżeniach terenu łąki z niewysokimi krzakami. Słońce tego dnia świeciło dośź intensywnie, z lewej strony, co sprawiało że warunki na polowanie były idealne, było ciepło.Podjechaliśmy ładą Bogdana na wzgórek za Bakutilem, wysiedliśmy z samochodu i po złożeniu broni, przypięciu pasa z amunicją, ruszyliśmy w kierunku pól drogą śródpolną. Myśliwy-Weż psa na smycz- powiedział kolega -nie trzeba Boguś- stwierdziłem. I tak było wystarczyło że dałem rozkaz dla Aresa z tyłu i on potulnie szedł za mną. Dawało efekty treningu i szkolenia jakie przeszedł mój pies na codziennym spacerze na stadion szkoliłem go w prosty sposób najpierw ze smyczą trzymając psa na krótko z prawej swojej strony dawałem mu rozkaz - z tyłu- i kiedy próbował mnie wyprzedzić przyciskałem nogą podczas marszu jego kufę w żywopłot co powodowało, że się cofał jednocześnie zawsze wydawałem rozkaz -do tyłu-. Tak, że póżniej na ten rozkaz Ares zawsze szedł z tyłu mnie.

Stanęliśmy przy pierwszym polu buraków Bogdan na wschodniej miedzy ja na zachodniej i dałem hasło -szukaj piesku- i Ares zaczął okładać pole buraków, powoli, systematycznie posuwając się równo do przodu między nami. Nagle w odległości ok. 100 metrów przed nami zerwało się stado kuropatw i z furkotem poleciało w kierunku krzaków, które rosły na granicy naszego obwodu. Ja bardziej byłem zaaferowany reakcją psa który na mój rozkaz -STÓJ- stał w miejscu. A widząc, że pies wykonał moje polecenie posłusznie mogłem się zająć najmniejszymi kurakami. Bogdan stwierdził -wszystko widziałem 17 sztuk prowadziła starka, bardzo mądra poleciał tam na granicę, wiem gdzie zapadły, idziemy - poszliśmy.

Doszliśmy do drogi która była granicę naszego obwodu, wzdłuż niej za rowem melioracyjnym po prawej stronie rosły krzaki za którymi była łąka i to właśnie tu zapadły kury. Ja poszedłem wzdłuż drogi betonowej żeby mieć pod wiatr, a Bogdan skrajem łąki, Ares buszował pomiędzy mną, a kolegą. W pewnym momencie pies zamerdał strychulcem wyprostował się na tylnych łapach i łapał górny odwiatr ledwo krzyknąłem do Bogdana -z tyłu za tobą- . A już słyszałem furkot skrzydeł stada kuropatw i padł strzał do ostatniej zrywającej się kuropatwy. Ta zwinęła skrzydła jakby uderzyła w nie widoczną ścianę, jakaś siła przekręciła ją o 180 stopni i ze złożonymi skrzydłami uderzyła o ziemię wpadając między liście buraków, mój rozkaz -aport- był trochę spóżniony, gdyż Ares już biegł w miejsce, gdzie spadła kuropatwa. Zanim doszliśmy do uprawy spomiędzy rosłych liści buraczanych wyłonił się mój pies niósł ptaka i merdając ogonem podbiegł w moim kierunku siadł przede mną i położył zdobycz na trawie. Psa poczochrałem za uchem dałem mu smakołyk i wiedziałem, że on wie że jestem rad. Po chwili oddałem kuropatwę Bogdanowi i nie potrzebowałem mu mówić, że tak trzeba, on to wiedział, tyle lat polował.

Podchodziliśmy to stado jeszcze trzy razy bez efektu, albo się zerwało za daleko na strzał, albo nagle niespodziewanie stado podrywało się z tyłu za nami. Za piątym razem po nieudanym podejściu Bogdan powiedział -Wiesz ta starka jest tak mądra, że szanuję jej spryt i ona powinna dalej poprowadzić swoje stado i jestem skłonny zakończyć polowanie-. Nie musiałem się nawet zastanawiać wiedziałem, że ma rację. Zakończyliśmy polowanie i pojechaliśmy do domu.

Bogdan Dul już dawno nie poluje choroba mu na to nie pozwala, a ja co roku zawożę w tamten rejon, podczas ciężkiej zimy poślad dla kuraków. Nieraz widzę stadko kuropatw ostatnio jedenaście sztuk może to potomkowie mądrej starki, ale z niepokojem o ich los spoglądam w górę ostatnio widziałem tam sokoła wędrownego, być może zatrzymał się na tym terenie na chwilę i poleci dalej. Zresztą w 2007 roku zakupiliśmy 100 szt. kuropatw i wypuściliśmy je do łowiska inne koła też powinny o tym pomyśleć. Kuropatwa to taki mądry ptak.

spisał Zbigniew Ostański

Prze przybrudzoną szybę małego fiata niebo wyglądało jeszcze żałośniej. Wczorajsze bielutkie, puszyste obłoki, które tak obficie obsypały świat białym puchem, zastąpiły ciemne nieustannie wyciskające z siebie duże krople deszczu chmurzyska. Ocieplenie, które przyszło wraz z nimi doszczętnie zniszczyło piątkowy śnieżek zamieniając go w nieprzyjemne brudne błoto. Ja, świeżo upieczony myśliwy, westchnąłem cicho, prowadząc samochód. To miał być wymarzony dzień na pierwsze łowy. Lekki mróz, tłumiący kroki miękki śnieg i pełnia. Jeszcze raz przekląłem w duchu te chmury, które tak skutecznie pokrzyżowały mi plany. Zdjąłem nogę z gazu. Przede mną utworzył się kolorowy sznur trąbiący, spowitych szaroburym dymem i rozbryzgujących wokół zmieszany z piachem śnieg samochodów, mający chyba jeszcze bardziej uprzykrzyć drogę z pracy do domu. Bez zastanowienia spojrzałem w bok, gdzie powinien znajdować się fotel pasażera, który to wczoraj, żeby zrobić miejsce na domniemaną zwierzynę. Rozczarowanie ukuło mnie jak ostra szpila. Korek ruszył. Gdy po zmroku dojechałem do domu, powziąłem ostateczną decyzję. Polowanie trzeba odłożyć. Na niebo leniwie wpłynęły kolejne czarno-szare chmury, ograniczając widoczność prawie do zera. Bez wyrzutów sumienia położyłem się spać. W takich warunkach nie mogło być mowy o łowach. Jednak długo nie mogłem zasnąć, w głowie kłębiło mi się od myśli. W końcu zapadłem w płytki półsen, nawiedzany dziwnymi wizjami. W uszach wciąż mi szumiało, coraz głośniej i coraz wyraźniej. Brzmiące bez ustanku tony zlały się w jeden impulsywny dźwięk, a dźwięk ukształtował się w słowa. Odbijały się mi się echem w głowie, aż w końcu stały się tak wyraźne, jakby ktoś szeptał mi je do uch. W końcu słowa ułożyły się w zdanie : Wstań i ruszaj na łowy. Otworzyłem oczy i z przerażeniem rozejrzałem się po sypialni. Moja żona spała głęboko. Wstałem i na palcach podszedłem do okna. W pomarańczowym świetle ulicznej latarni na ziemię powoli opadały wielkie płaty śniegu. Uśmiechnąłem się do siebie i ostatecznie zdecydowałem, że muszę pojechać. Szybko się ubrałem, spakowałem co potrzebne i nie obudziwszy nikogo wymknąłem się z domu. Wrzuciłem wszystko do bagażnika, usiadłem za kierownicą i ruszyłem. Tak jak było zaplanowane pojechałem do Lipowca. Skręciłem w leśną dróżkę prowadzącą do domku myśliwskiego i zaraz odbiłem w prawo, kierując się ku skrajowi lasu. Zgasiłem silnik, wysiadłem, zarzuciłem strzelbę na ramię i ruszyłem wzdłuż ciemnej ściany lasu. Świeży śnieg chrzęścił pod moimi stopami. Na tle wszechobecnej ciszy, przerywanej tylko od czasu do czasu pohukiwaniem sowy lub trzaskiem łamanej przez jakiegoś nocnego zwierza gałęzi, ten dźwięk wydawał mi się zdradzającym moje położenie hukiem. Starając się stąpać jak najostrożniej spojrzałem w niebo. Przegnane wiatrem chmury majaczyły daleko nad horyzontem, a górujący nad lasem w pełnej kracie księżyc nie był niczym zasłonięty. Jego blade światło zalewało rozciągające się po lewej pole, sprawiając, że pokrywający je biały puch migotał bajecznie. Oświetlało też trzy wystające z równej ściany lasu, wyraźnie odcinające się na białym tle krzewiaste sosny, na których zatrzymał się mój wzrok. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że jedna z nich maiła nisko osadzone i rosnące prawie pozioma gałęzie. Zręcznie wspiąłem się na drzewo i usiadłem na jednej, około 4m nad ziemią. Nagle z chmury, która nie wiadomo kiedy zasłoniła miesiąc, aczął siąpić deszcz, mocząc mój nowy kapelusz. Już chciałem się poddać, gdy niespodziewanie ze strony rowu i rozlewiska doszedł mnie trzask łamanego lodu. Wszystko ucichło jak zaklęte, wsłuchując się w kroki jakiegoś pewnie sporego zwierzęcia. Nawet deszcz przestał padać, lecz widoczność wciąż była słaba. Złapałem strzelbę i ją odbezpieczyłem. Wbiłem wzrok w ciemność, starając się dostrzec prawdopodobny cel. Kroki stawały się coraz głośniejsze, chrzęst śniegu i lodu nie ustawał. Nagle chmura litościwie odsłoniła księżycową tarczę, pozwalając mi ujrzeć 8 ciemnych postaci dzików. Szły jakieś 50m od sosny na której czatowałem. Jak maszyna podniosłem strzelbę do ramienia, przymierzyłem i nacisnąłem spust. Huk, ciemność i cisza... Nie miałem pojęcia, czy trafiłem, czy zraniłem któregoś. Nie wiedziałem gdzie znajduje się reszta watahy. Wokół panowała względna cisza, nie można było dostrzec żadnego ruchu. Ostrożnie zeskoczyłem z drzewa i nie opuszczając broni, z duszą na ramieniu zacząłem skradać się w kierunku strzału. Koledzy wiele opowiadali mi o szarżach rannych dzików na strzelców, więc na każdy szelest jeżyły mi się włosy na głowie. Szedłem powoli, wzdłuż wysokich zarośli. Teraz dopiero poczułem co znaczy uderzająca do głowy adrenalina. Nagle na śniegu dostrzegłem jakiś ciemny, niewyraźny kształt. Podszedłem bliżej, czując jak robi mi się gorąco. Przede mną, w małej kałuży farby leżał dzik, mój pierwszy dzik. A jednak się udało, pomyślałem dumny, że już na pierwszym polowaniu odniosłem taki sukces. Już wyciągałem nóż, kiedy uświadomiłem sobie, że nigdy nie patroszyłem tak dużego zwierza i że właściwie nie wiem jak się za to zabrać. Nie chciałem niewprawnymi cięciami wszystkiego zepsuć. Po chwili zastanowienia pobiegłem do samochodu i podjechałem do martwego dzika. Kidy w końcu udało mi się go wpakować na miejsce wymontowanego fotela, spocony usiadłem na za kierownicą. Dojechałem do przejazdu kolejowego i zatrzymałem się, żeby przepuścić przejeżdżający właśnie pociąg towarowy. Naliczyłem 40 wagonów, a gdy ostatni zniknął za zakrętem dodałem gazu. Koła podskoczyły na wystających z asfaltów szynach, a z prawej strony doszło do mnie chrapnięcie dzika. Dostałem gęsiej skórki i w jednej chwili stałem już na poboczu. Obszedłem samochód i zajrzałem przez szybę, pełen złych przeczuć. Bałem się, że dzik był tylko zamroczony, ale nie zauważyłem żadnych sygnałów życia. Otworzyłem ostrożnie drzwiczki i szturchnąłem tuszę. Nic. Wzruszyłem ramionami i z powrotem wsiadłem do samochodu. Przez całą drogę nerwowo spoglądałem na swojego "pasażera". W domu zająć się dzikiem pomógł mi sąsiad myśliwy. Szczęśliwy nie raz opowiadałem kolegom jaką to pierwszą myśliwską przygodą obdarzył mnie św. Hubert i jak przestraszył mnie za łatwo zdobyty łup.

spisała Sowa